poniedziałek, 4 listopada 2013

Pierwsze koty za płoty...

Na samą myśl o dzieciaczkach, rozpływałam się... do czasu.
Do pracy poszłam świetnie przygotowana. Zaopatrzyłam się we wszelkie pomoce i udogodnienia.
Wszystko wskazywało na to, że wrócę z równie dobrym nastawieniem...
Kiedy przez 2 dni obserwowałam nauczycielkę i dzieci, rzeczywiście, może nie wszystko było takie, jakie powinno być, ale przymknęłam na to oko.  A i dzieci było mało, bo wiadomo taki czas, więc pomyślałam, że nie będzie tak źle, jeśli dzieci powoli zaczną zdrowieć. 
Dziś miałam komplet (-1). Jakież było moje zaskoczenie, że w ciągu kilku dni wyzdrowiało ponad 10 dzieciaczków! Oczywiście nie brakuje kaszlu i kataru u tych dzieci. ( Chyba zacznę brać coś na odporność, bo kiepsko to widzę...) 
Szybko zorientowałam się, że dzieci wyczuwają nową osobę i próbują wejść na głowę. Nie jestem osobą, która lubi krzyczeć i karać,więc do pewnego czasu przymykałam oko. Jednak dzieci same skłoniły mnie do podjęcia nieprzyjemnych działań. Była też pogadanka na wszystkie możliwe tematy.
I teraz zastanawiam się czyja to wina, że dzieci nie reagują na polecenia,  nie potrafią wspólnie się bawić, nie używają zwrotów grzecznościowych, robią co chcą etc. Dzieci mają dopiero po 5 lat, więc można im wybaczyć. Ale gdzie jest nauczyciel, który opiekuje się nimi już 3 miesiąc, gdzie są rodzice? Dzieciaczki w tym wieku aż chłoną wszelkie zachowania, to czemu nie chłoną Tych dobrych?  No właśnie... bo nie mają dobrego przykładu.
Wiem, że jestem młoda, wiem, że moje doświadczenie jest niewielkie, ale wiem też jak mogą zachowywać się dzieci, które mają nauczyciela z powołania. Nie chodzi o to żeby chodziły jak zegarku, ale o to, żeby miały dobre nawyki we krwi.
I każdy wokół szepcze, że nauczycielka juz taka jest, że nie wymaga nic od dzieci... A co najważniejsze, żebym nie próbowała ich czegoś nauczyć, bo ona to zaprzepaści. A rodzice, jak to rodzice, większość nie ma czasu . Oczywiście, uogólniam, bo jest kilkoro dzieci, które rzeczywiście są grzeczne, poukładane, ale giną wśród reszty.
I takie oto smutne wnioski wysunęłam podczas pierwszego dnia w pracy. Od zawsze byłam przekonana, że nauczyciele (zwłaszcza ci miastowi) na wsi mniej wymagają od dzieci. Mowa tu o zachowaniu jak i nauce. To niezwykle krzywdzące, a z roku na rok jest coraz gorzej. Wiem, bo wychowałam się w tym środowisku, a wyniki testów również mówią same za siebie...

4 komentarze:

  1. Uważam, że to rodzice wychowują dzieci a nie nauczyciele.
    Chciałam moje dzieci wysłać do szkoły wiejskiej, mamy do niej zaledwie 2 km. Niestety jest właśnie jak to opisałaś. Przepaść. Zdecydowałam, że będą chodziły do miejskiej szkoły, oddalonej o 18km od domu. Na razie jest świetnie, jesteśmy bardzo zadowoleni.
    Wspieraj te maluchy :) jeśli będą słyszały dookoła "magiczne słowa" nauczą się :) pamiętam jak zaczęłam wychowywać dzieci w rodzinie zastępczej. Te po 4 latach latach pobytu w domu rodzinnym nie wiedziały co to proszę, dziękuję a już po miesiącu u nas zrozumiały o co chodzi... trzeba pracować.
    POWODZENIA! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja też tak uważam. Ale niestety niektórzy rodzice twierdzą inaczej...
      Bardzo dobrze zrobiłaś, bo na pewno dużo zyskają. :)
      Nawet dziś obsługa powiedziała, że dzieci są nie do poznania, bo potrafią się ładnie przywitać, pożegnać, a przy okazji podziękują. :))
      Każda praca się opłaca! :)

      Usuń
  2. nauczyciele uczą, rodzice wychowują. tak było jest i będzie. ilonko nie możesz pozwolić, żeby ci dzieciaki weszły na głowę. ale jednocześnie ucz je dobrego zachowania, grzecznościowych zwrotów, wspólnych zabaw. może przez te dwa tygodnie uda ci sie w nich choc trochę dobrego zaszczepić.
    trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te dzieciaczki są tak mądre, że aż boję się myśleć co będzie za tydzień, kiedy będę odchodziła...
      Uczę najlepiej jak potrafię, mam nadzieję, że coś zapamiętają. :)

      Usuń